ACID WESTERN. Psychodeliczna jazda przez Dziki Zachód

Dennis Hopper w scenie z filmu Mad Dog Morgan (1976, reż. Philippe Mora)

Krytycy filmowi lubią kategoryzować filmy. Nie wystarczy im, że produkcja wygląda jak western. Jeśli odbiega od klasycznych schematów gatunku, należy przyczepić jej dodatkową etykietę. I tak na przykład westerny wzbogacone o psychologię określano nadwesternami (W samo południe, Naga ostroga, 15:10 do Yumy), natomiast mocniejsze filmy, które poddawały rewizji westernową mitologię otrzymały miano antywesternów. To jednak nie wystarczyło. Gdy analizowano Truposza (1995) Jima Jarmuscha okazało się, że można stworzyć jeszcze jedną odmianę gatunku. Powstała kategoria zwana acid westernem (od słowa acid, które w slangu oznacza LSD). Wrzucono do niej realizowane od lat sześćdziesiątych westerny, które miały w sobie wyraźną nutę psychodelii i oniryzmu, cechowały się odrealnionym klimatem, przypominając narkotyczną wizję lub senny koszmar. Gatunek uformował się pod koniec lat dziewięćdziesiątych, ale w Polsce wciąż niewiele osób o nim słyszało. Dlatego dzisiaj – wraz z grupą znajomych o podobnych zainteresowaniach – postanowiłem przybliżyć czytelnikom filmy zaliczane do kategorii acid western. Pomogli mi w tym: Andrzej Bakuła (Westerny), Kuba Haczek (The Blog That Screamed), Simply (The Blog That Screamed), Konrad Szlendak (Magazyn Magivanga) i Marcin Zembrzuski (Kinomisja).

ROZKOSZE KINA NIEMEGO. 12 filmów z dawnych czasów

Zacznę od cytatu z tygodnika ilustrowanego KINO (nr 22, 3.08.1930). Cytat pochodzi z okresu przełomu dźwiękowego.

Coraz częściej i głośniej ryczą po kinach aparaty dźwiękowe różnych systemów i coraz liczniej i głośniej rozlegają się skargi na tę barbarzyńską „muzykę”, która wypłasza z kin widzów, nękanych i bez tego nadmiernym zgiełkiem wielkiego miasta. Znamy wielu szczerych miłośników sztuki filmowej, którzy zrezygnowali z filmów dźwiękowych, nie mogąc znosić tych szarpiących nerwy odgłosów; znamy innych, którzy zatykają sobie uszy palcami, aby stłumić nieludzkie wrzaski „talkiesów”; wielu wychodzi z kina z bólem głowy, wzdychając do „dawnych dobrych czasów”, kiedy kino było przyjemnem wytchnieniem po wyczerpującej pracy...

Przenieśmy się zatem do „dawnych dobrych czasów”, kiedy kino nie było tak głośne i rozgadane jak dzisiaj. W ciszy i spokoju można było obcować ze sztuką filmową i przez jedną lub kilka godzin odpocząć od codziennych obowiązków. Pierwszy publiczny pokaz filmowy odbył się 122 lata temu, ale najwcześniejsze ruchome obrazy to eksperymenty formalne i ćwiczenia narracyjne. Prowadziły one do kolejnego etapu, jakim jest opowiadanie rozbudowanych fabuł z galerią ciekawych bohaterów. Na łamach Panoramy Kina staram się nie lekceważyć żadnego gatunku, rok powstania filmu też nie ma dla mnie znaczenia. Niniejszym zestawieniem postanowiłem zwrócić uwagę na filmy, które choć nie mówią, potrafią opowiadać historie. Za pomocą czarno-białych kadrów, plansz z napisami, ekstatycznego aktorstwa. Tak naprawdę kino nigdy nie było nieme, bo najpierw widzom towarzyszyły dźwięki aparatury projekcyjnej, a potem grana na żywo muzyka. Do dzisiejszego artykułu postanowiłem zaprosić gości. Moją propozycję przyjęło pięć osób: Maja Budka (film.org.pl), Marta Płaza (Kinomisja), Andrzej Bakuła (Westerny), Kuba Haczek (The Blog That Screamed) i Mateusz R. Orzech (Odyseja filmowa, Kino-Akcja, Kinomisja). Bardzo dziękuję im za pomoc przy niniejszym zestawieniu.

Ucieczka Ulzany

Ulzana's Raid (1972 / 103 minuty) 
reżyseria: Robert Aldrich 
scenariusz: Alan Sharp

Tekst opublikowany także w serwisie kinomisja.pl

„Żołnierzu, nie zostawiaj nas!”, krzyczy kobieta zaatakowana przez Apaczów. Żołnierz słyszy wołanie, zawraca żeby ją ocalić i … strzela jej w głowę. Gdyby Indianie dopadli tę kobietę, z pewnością nie zabiliby od razu. Znana jest ich skłonność do okrucieństwa, upajania się cierpieniem innych, gwałcenia i torturowania. Dlatego zachowanie żołnierza było słuszne. Pozbawiając tę kobietę życia w sposób błyskawiczny uratował ją, a także jej syna, który dzięki temu nie musiał oglądać cierpienia matki. Przywołana scena dobrze charakteryzuje ten film, bo mamy w niej zarówno elementy subtelniejszego obrazu typowego dla klasycznego Hollywood, jak i dojrzałość kina bardziej współczesnego, poddającego rewizji mity o podboju Dzikiego Zachodu. Robert Aldrich unika pokazywania na ekranie gwałtów i tortur, a więc zachowuje kulturę filmowców z lat pięćdziesiątych, jednocześnie zbliżając się w stronę realizmu.

FILMY AWANTURNICZE. W poszukiwaniu przygód








Tekst opublikowany także w serwisie film.org.pl

Na bazie francuskiej literatury przygodowej z dziewiętnastego i początku dwudziestego stulecia narodził się podgatunek kina akcji określany nad Sekwaną jako film de cape et d’épée (film płaszcza i szpady). Kształtował się on dzięki popularności takich francuskich autorów jak Aleksander Dumas, Paul Féval, Michel Zevaco. Swoją cegiełkę dołożył również włosko-angielski pisarz Rafael Sabatini, ale za właściwy początek podgatunku uważa się osiągnięcia Amerykanów z lat 1919–20. W tym sezonie powodzenie zdobył Johnston McCulley wraz ze swoją powieścią Klątwa Capistrano, którą zekranizowano rok po publikacji jako Znak Zorro. Główną rolę zagrał Douglas Fairbanks, który kontynuował passę jako D’Artagnan, Robin Hood, Czarny pirat.

W krajach anglojęzycznych gatunek otrzymał nazwę swashbuckler film i jest to pojęcie szersze, bo nie wymaga, aby atrybutem bohatera była peleryna bądź miecz. W niniejszym zestawieniu postanowiłem wyróżnić filmy o swashbucklerach – awanturnikach, którzy choć mają określone zasady moralne i zdarza się, że komuś służą, są wolni duchem, niepokorni i heroiczni, pełni inicjatywy i zapału. Ich zawadiackie usposobienie mocno daje się we znaki osobom na wysokich stanowiskach, pełnych dumy i arogancji. Takie filmy mogą się obyć bez swordfightingu (szermierki), ale jednak broń biała powinna błyszczeć gdzieś w tle jako symbol dawnych realiów. Bo kino stricte awanturnicze opowiada losy bohaterów na tle wydarzeń historycznych.

BALLADY FILMOWE. Poezja zamknięta w kadrze


Tekst opublikowany także w serwisie film.org.pl

Ballada to gatunek kojarzony z literaturą i muzyką, ale istnieje też grupa filmów, które stanowią taką mieszankę stylów i środków wyrazu, że pokrewieństwo z literacką balladą staje się oczywiste. Aby ułatwić klasyfikację, wielu filmowców już w tytule umieszcza nazwę gatunku (przykład Ballada o Cable'u Hogue'u). Fabuły często mają związek z rzeczywistością i tragizmem ludzkich losów, ale opowiedziane są w sposób daleki od realizmu, łącząc liryzm i folklor, widoczne szczególnie w warstwie muzycznej, z niezwykłą kompozycją wizualną bliższą baśni. Mistrzami gatunku byli Rosjanie (m.in. Siergiej Paradżanow), ciekawe są ballady w estetyce westernów, ale i na naszym podwórku powstawały tego typu produkcje (Słońce wschodzi raz na dzień, Jańcio Wodnik). Wybrałem siedem moim zdaniem najbardziej reprezentatywnych ballad filmowych, pochodzących z różnych stron świata: ze Stanów Zjednoczonych, Związku Radzieckiego, Japonii, Jugosławii i Włoch.

Maska szatana

La Maschera del demonio (1960 / 87 minut)
reżyseria: Mario Bava 
scenariusz: Ennio De Concini & Mario Serandrei na podst. noweli Mikołaja Gogola

Tekst, opublikowany także w serwisie film.org.pl w cyklu Od szeptu w krzyk,
powstał w ramach Wyzwania dot. Mario Bavy.

Reżyser filmowy kojarzy się z krzykaczem, który przez tubę zwołuje wszystkich na plan, głośno i stanowczo wydaje polecenia oraz wścieka się, gdy coś nie idzie po jego myśli. Ale Mario Bava wspominany jest przez znajomych jako człowiek niezwykle opanowany i skromny. Na planie nigdy nie podnosił głosu, ale zawsze miał konkretną wizję, którą potrafił zrealizować nawet przy minimalnym budżecie. Jego umiejętności w kwestiach technicznych budziły podziw u współpracowników i obserwatorów. Uważano go – z pewnością bez cienia przesady – za geniusza. Ale mimo iż w ciągu dwudziestu lat stworzył szereg bardzo zróżnicowanych (gatunkowo i stylistycznie) obrazów, pozostaje w pamięci głównie jako mistrz gotyckiego kina grozy i thrillerów w stylu giallo. Natomiast na pytanie o jego najlepsze dzieło, większość kinomanów odpowie: Maska szatana, znana również pod tytułem Czarna niedziela. Ten film to jego samodzielny debiut reżyserski, który odniósł tak duży sukces kasowy, że zainicjował we Włoszech modę na horrory gotyckie.

W KRĘGU DIABELSKIM. 10 nastrojowych folk horrorów


Tekst opublikowany także w serwisie film.org.pl

W 2003 roku brytyjski reżyser Piers Haggard udzielił wywiadu dla magazynu Fangoria. Mówiąc o swoim filmie Krew na szponach szatana (1971) zastosował termin folk horror. Termin został spopularyzowany dopiero dzięki Markowi Gatissowi, który użył go w swoim trzyczęściowym dokumentalnym miniserialu A History of Horror (2010). Nazwa podgatunku jest nowa, ale nie sam podgatunek, do którego można przypasować wiele klasycznych filmów grozy. Folklor, czyli ludowość, pojawia się w literaturze i kinie od dawna. Motywy, które zadomowiły się w zachodniej popkulturze wywodzą się często z folkloru wschodnioeuropejskiego. Ważnym składnikiem baśni ludowych jest wiara w demony i siły paranormalne oraz praktyki okultystyczne. Tematyką zajmowali się tacy pisarze, jak: M. R. James, Sheridan Le Fanu, Algernon Blackwood i Arthur Machen. Dwaj ostatni należeli ponoć do Hermetycznego Zakonu Złotego Brzasku, londyńskiego stowarzyszenia zajmującego się ezoteryzmem – alchemią, wróżbiarstwem i sztuką magiczną.

Czarny kot

Yabu no naka no kuroneko (1968 / 100 minut)
scenariusz i reżyseria: Kaneto Shindô 

  Tekst opublikowany także w serwisie kinomisja.pl

Trudno sobie wyobrazić, co może odczuwać człowiek, którego rodzinne miasto zostało doszczętnie zniszczone przez wybuch bomby atomowej. Urodzony w Hiroszimie Kaneto Shindô z pewnością mocno to przeżył i część tej traumy zdołał przenieść do swoich filmów. Jeśli coś cię dręczy, zrób o tym film – to idealna terapia! Ale nie tylko to dręczyło reżysera, bowiem jeszcze przed ukończeniem wojny stracił żonę, która zmarła na gruźlicę. To właśnie jej poświęcił swój reżyserski debiut Opowieść o ukochanej żonie (1951). Jednakże przełomowe dla kariery okazało się następne dzieło o wiele mówiącym tytule – Dzieci Hiroszimy (1952). Do jego najwybitniejszych osiągnięć zaliczane są pełne grozy i psychologii dramaty o życiu kobiet w feudalnej Japonii: Kobieta-diabeł (1964) i Czarny kot (1968). Ten pierwszy to utwór o mocnej, antywojennej wymowie bliski post-apokaliptycznemu kinu. Równie dosadna i mająca podobny (pacyfistyczny) wydźwięk jest opowieść o dwóch kobietach-kotach straszących w bambusowym lesie.